Dzień Świstaka, czy Dzień Jesiotra?

Na ostatnią sesję Rady Miejskiej powróciła sprawa Kaliny. Staw, który truje (choć niektórzy twierdzą, że nie) ma znów szansę na rekultywację. Tym razem dzięki staraniom gminy o dofinansowanie tego przedsięwzięcia z Programu Operacyjnego Infrastruktura  i Środowisko na lata 2014-2020, typ: wsparcie dla zanieczyszczonych lub zdegradowanych terenów. Rada Miejska jednogłośnie upoważniła prezydenta do złożenia niezbędnego wniosku, ale w wypowiedziach niektórych radnych oprócz nadziei słychać było też obawę o powodzenie kolejnej , tym razem mam nadzieję nie straceńczej misji. Jako, że jestem jednym z tych, których hurraoptymizm dotyczący Kaliny skończył się kilka lat temu, chciałbym zaprezentować moją wypowiedź z poniedziałkowej sesji RM.

 

Pamiętacie państwo film „Dzień Świstaka”? Bohater budzi się kilka dni z rzędu odkrywając, że niezmiennie wraca do przeżytego już wcześniej dnia. I tylko on ma tego świadomość, ponieważ wszyscy inni zachowują się, jakby powtarzające się zdarzenia nigdy nie miały miejsca. Dziś czuje się trochę tak, jakbym był aktorem w filmie „Dzień Jesiotra”. Fabuła jest podobna do wspomnianego obrazu. Główny bohater zachowuje się tak, jakby tylko on wiedział, że coś się powtarza. Niestety, tym razem aktorzy i statyści wiedzą, że już coś podobnego przeżyli.

W marcu 2012 r. siedziałem w pierwszym rzędzie na konferencji zorganizowanej na okoliczność rekultywacji Kaliny. Przy stawie rozbity był namiot, a o tym, że  w 2015 r. zobaczymy czysta wodę, w której pływają jesiotry i piękny teren rekreacyjny zapewniały nas władze miasta, pani minister i wszyscy święci. Jak się okazało, święta okazała się moja naiwność, bo wtedy naprawdę wierzyłem, że to się uda. Wierzyłem i cieszyłem się. W Dzienniku Zachodnim 30 marca 2012 r. czytaliśmy takie słowa „Miejsce, które w tej chwili jest bombą ekologiczną stanie się w 2015 roku dumą i perełką dla środowiska – obiecuje Dawid Kostempski, prezydent Świętochłowic”. Perełką dziś niewątpliwie jest. Na mapie zagrożeń ekologicznych i obszarów zdegradowanych, o czym mówi nam między innymi nazwa projektu, nad którym dziś będziemy głosować….

Przypomnijmy sobie kolejne słowa z przywołanej publikacji. „Projekt rewitalizacji stawu Kalina opiewa na kwotę ponad 51 mln zł, z czego 44 mln zł to bezzwrotna dotacja z unijnego Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Pozostała kwota będzie pochodziła z budżetu miasta oraz środków z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach”.
Dziś kwotę niezbędną do wykonania prac oszacowano na 70 mln. zł. Dopiero dziś usłyszałem, że jednak ma zostać osiągnięty efekt ekologiczny. Obiecał to prezydent stojąc przed Radą Miejską i będę go trzymał za słowo. Tym bardziej, że ta deklaracja jest jedyną,  jaką otrzymaliśmy.

Co dziś zostało nam po tej ekscytacji i radości z 2012 r.? Rozczarowanie, spory sądowe, mediacje, remediacje i zajęte przez komornika konto.  A Kalina jak śmierdziała, tak śmierdzi. Niektórzy twierdzą, że może jeszcze bardziej, niż kiedyś

Można zadać sobie pytanie, dlaczego nie udało się gminie dojść do porozumienia z wykonawcą. Co więcej, zadawano je nie raz, w tym na posiedzeniach powołanej przez Radę Miejską Komisji do spraw zagrożeń ekologicznych. Niestety, mimo naszych zabiegów władze miasta nie były zainteresowane współpracą z RM w tym zakresie. Pan prezydent nie pojawił się na żadnym z posiedzeń, a odpowiedzi na swoje zapytania radni dostawali na przykład 5 minut przed spotkaniem. I trzeba powiedzieć wprost, były to odpowiedzi niezadowalające, czasami wręcz bezczelne. Nasze prośby o oddelegowanie na posiedzenia pracowników wydziałów merytorycznych, którzy mogliby rozwiać wątpliwości komisji także pozostały bez echa. Czy to jest poważne traktowanie Rady Miejskiej?

Dlatego zastanawiam się dziś, po tym, co przed chwilą usłyszeliśmy, jak bardzo trzeba być pewnym siebie, żeby stawać dziś przed tą sama Radą i snuć kolejne opowieści o szczęściu i potędze. Najwyraźniej licząc na to, że dopadła nas wszystkich tu obecnych zbiorowa amnezja. Z naiwności też można się wyleczyć, szczególnie gdy zaufanie zostało już wcześniej mocno nadszarpnięte, zresztą nie tylko przez sprawę Kaliny. Wiele razy byliśmy stawiani pod ścianą, wmawiano nam, że jeśli czegoś nie przegłosujemy, stanie się katastrofa. Jak się później okazywało, nie było to prawdą.

Nie chcę znów słuchać, że to mój głos zdecyduje, czy projekt dojdzie wreszcie do skutku. Ja zrobiłem wszystko, co można było, aby tak się stało. Jeśli chodzi o rekultywację Kaliny głosowałem zawsze za. Szczerze wierząc, że osoba odpowiedzialna za ten projekt i posiadająca wszelkie niezbędne narzędzia, doprowadzi go do szczęśliwego końca. Potem, gdy stało się już jasne, że w 2015 r. jesiotrów jednak nie zobaczymy, starałem się wraz z Komisją wyjaśnić przyczyny niepowodzenia i sprawić, by gmina porozumiała się z wykonawcą. Na próżno, bo powiedzieć że prezydent nie był tym zainteresowany, to zbyt łagodne określenie.

Dlaczego dziś znów mam wierzyć, że wszystko będzie dobrze? Jest taki  frazeologizm „utrata zaufania”, Stosuje się go często i na tej sali słyszeliśmy takie sformułowanie nie jeden raz. I abstrahując od politycznego znaczenia tego wyświechtanego tekstu, mogę powiedzieć z całą mocą, że ja to zaufanie utraciłem. Nie wierzę, że tym razem będzie dobrze. Nie po tym, jak traktowana była komisja i jaką pomoc uzyskiwała w swoich pracach. Nie zgadzam się na obarczanie Rady Miejskiej ciężarem odpowiedzialności za Kalinę, bo nie na Radzie on spoczywa. Dlaczego kiedy chcieliśmy pomóc, napotykaliśmy na mur? Wtedy Rada była niepotrzebna? A dziś nagle ktoś przypomniał sobie o jej istnieniu?

Podziwiam optymizm jaki przed chwilą zaprezentowano. Nie podzielam go jednak. Wolałbym widzieć realne działania mające na celu wyprowadzenie na prostą tego, co już się na kalinie zadziało. Tymczasem mamy znów zacząć wszystko od początku, zapominając o wszystkim, co mówiono nam wcześniej. Metody, jakie kiedyś były uznawane za jedyne słuszne dziś okazują się niewystarczające. Efekt ekologiczny, jak już mówiłem, nie istnieje. Areacja tak, ale inną drogą. Czy tym razem nie będzie błędów w projekcie? Czy kolejny wykonawca otrzyma dokumentację zgodną ze stanem faktycznym, czy projektant będzie miał uprawnienia do wykonywania swoich obowiązków? Jak będzie wyglądała współpraca na linii gmina – wykonawca? Jedna wielka niewiadoma. Pozostaje mieć nadzieję, że główny bohater naszego filmu tak, jak w „Dniu Świstaka” będzie umiał wyciągać wnioski z popełnionych przez siebie błędów i naprawiać je na bieżąco.

Natomiast jeśli chodzi o moją dzisiejszą decyzję i pytanie, jak zagłosuję, to przywołam sformułowanie, jakie często czytałem w odpowiedziach na moje zapytania które kierowałem do władz miasta jako przewodniczący Komisji. Otóż – „Uprzejmie proszę o doprecyzowanie pytania, gdyż w zaproponowanej formie jest na zbyt dużym poziomie ogólności, co utrudnia dokonanie satysfakcjonującej pana odpowiedzi”.  A drugie lekko sparafrazuję. „Zachęcam do analizy protokołów z posiedzeń Komisji do spraw zagrożeń ekologicznych, w których zawarta jest odpowiedź na zadane pytanie”.

 

Co się okaże? Będzie „Dzień Jesiotra”, czy czeka nas znów „Dzień Świstaka”. Można się jeszcze zastanawiać, czy przypadkiem nie będą to kolejne szklane domy i piękne tablice z wizualizacją planowanych inwestycji. Bo takie nasze miasto bardzo dobrze pamięta… To, jak się skończyła ich realizacja, także.

Tym razem uwierzę, jak zobaczę. A cieszył będę się dopiero wtedy, gdy zobaczę efekt końcowy, a nie  – zostańmy w terminologii filmowej – scenografię rozkopanego placu budowy pół roku przed wyborami, dla wzmocnienia efektu tablic.

Zapraszam do obejrzenia przebiegu sesji

część pierwsza – https://www.youtube.com/watch?v=u-JewZc7Xm8

część druga – https://www.youtube.com/watch?v=k-nObQet6Wg